ciastko

Stanęłam przed puntem Air Asia w asyście 5 osób w uniformach. Jedna opuściła szereg i tłumacząc mi co i jak oddaliła się do swojego szefa:

- Dziś nie polecisz, bo nie masz jeszcze wizy … – zaśmiał się jakby jego żart był naprawdę zabawny – ….ale możemy Ci przebukować lot na jutro. Jeśli oczywiście chcesz.

Nie chciałam. Bo i po co.

- Nie chcę. Jeśli muszę jechać na granicę, będę w pół drogi między tym miejscem a Kuala Lumpur. Nie będę się cofać. Z granicy pojadę autobusem lub pociągiem. Po nic mi ten nowy bilet – spuściłam głowę, wkurzona na to, że pierwszy raz w życiu nie skorzystam z zakupionego biletu na samolot.

Pożegnali mnie i odstawili na próg drzwi na lotnisku. Żebym się przypadkiem nie zgubiła. Haha.

Trzeba działać. 48 godzin. Tylko i aż. Film mogłabym nakręcić tylko o tej akcji. A jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie na granicy. Co się stanie oprócz prezentu – otrzymania ciastek od głównego supervisora. Za dostarczenie mu emocji i zaserwowanie ekscytującego dnia w pracy. W końcu coś się działo.

Która godzina? 14.00. Za późno by jechać na granicę. Zwłaszcza, że nie znajdę na niej noclegu. Ale muszę pokonać choć kawałek dystansu Krabi – granica. Gdzie mam jechać? Gdzie przenocować? Mam!!!

Od razu pomyślałam o Hat Yai – mieście, gdzie grubas Taj ma matkę. Tam nas wysadził. Stamtąd kilkadziesiąt kilometrów do granicy. Zdążę jutro dojechać na czas.

Taksówka podrzuciła mnie na dworzec autobusowy w Krabi. Godzina czekania i szybki (jak na Tajlandię) bus zabrał mnie do Hat Yai. Tylko gdzie ja przenocuję? To jest pytanie.

Niespełna miesiąc wcześniej, w drodze na Phi Phi, byłam z Maćkiem w Hat Yai. Pamiętam wiele budynków wokół dworca autobusowego. Na pewno trafi się jakiś hotel.

Trafił się. Hotel na godziny – taki mini burdel. Wiedziałam, że coś jest na rzeczy, gdy zobaczyłam oświetlone na czerwono schody, czerwoną elewację, jeszcze czerwieńsze światła w środku a Pan w recepcji zaglądnął za moje plecy i zapytał:

- Sama? Na całą noc czy na godziny?

Rany Julek i Ja Cię Ciociu razem wzięci. Jeszcze tego mi brakuje, by w drodze po wolność na granicę zatrzymać się w burdelu.

- Wyjątkowo sama i na całą noc – zażartowałam.

Cóż to był za raj. Po 3,5 tygodniu spania na zbiorczej sali z 19 – tką innych ludzi miałam w końcu pojedynczy pokój. Własną, czystą łazienkę. Byłam w raju. W burdelu ale w raju. Hehehe.

Tuż przed spaniem odpaliłam facebooka. Kolega, który kilka miesięcy wcześniej przekraczał tę samą, lądową granicę napisał, by mnie uświadomić. Ależ się zapieniłam. Nie na niego, znów na sytuację.

- Martyna, masz świadomość, że na tym przejściu granicznym, gdybyś nic nie napsuła jak napsułaś, dostałabyś wizę tylko na 14 dni. Tu nie jest tak samo jak po przylocie samolotem. Wtedy masz na 30 dni. W Padang Besar i tak dostałabyś tylko na 14 dni.

Przełknęłam spienioną ślinę. Ciśnienie ścisnęło mi gardło.

- Seriooooooooooooo? To ja jestem 11 dni bez wizy. Cholera. Będzie trzeba płacić 50 zł za każdy dzień.

Jarek zaśmiał się, wklejając kilka wielkich roześmianych minek.

- Jakie 11? Ty kobieto bez wizy jesteś całe 25 dni. Ale jeśli dadzą Ci pieczątkę, to za wszystko ponad 14 dni będziesz prawdopodobnie płacić.

Z automatu popsuł mi się i tak popsuty już humor. Jedyne pocieszenie, że posiadałam około 150 euro w miejscowej walucie. ALE NIE CHCĘ TEGO WYDAWAĆ NA DOPŁATĘ DO WIZY.

Wściekła trzasnęłam laptopem, wysyłając pożegnalne słowa do Jarka, który otworzył mi oczy na kolejny problem. Co się jeszcze zdarzy? Co jeszcze? Mało mi jeszcze?

Rano punkt 9.00 ruszyłam busem na granicę. Wysadzili mnie przed wielkim kompleksem budynków. I CO DALEJ? Gdzie iść?

Dwa obroty wydeptane na chodniku w miejscu zainteresowały parkingowego. Wskazał we właściwym kierunku.

- Tam proszę iść – wysunął rękę w stronę drzwi, gdzie szli wszyscy. Tylko że ja, Martyna z Polski mam inny problem.

- Ja nie tam. Ja muszę iść do Twojego Bossa. Gdzie jest szef tego budynku?

- A po co tam chcesz iść? – zainteresował się.

- Mam problem z paszportem. Prowadź.

Weszliśmy na główną halę. Normalni turyści, czekający po pieczątkę wyjazdową z Tajlandii zakotwiczyli w kolejce. Nienormalna Martyna ich wyprzedziła, skręciła w lewo i przed wielkimi drzwiami usłyszała:

- Plecak. Tutaj – parkingowy pokazał miejsce na posadzce, gdzie miałam zaparkować swój bagaż.

Ściągnęłam. Weszłam. Parkingowy mnie zaanonsował. Ze skruszoną miną powiedziałam.

- Wczoraj dzwonili w mojej sprawie do Państwa z lotniska w Krabi. Nie mam wizy. Byłam 3,5 tygodnia bez wizy w Tajlandii. Kojarzy Pan ten telefon?

Nie kojarzył. I znów pod górkę. Pan powiedział, że nie ma pojęcia w jakiej sprawie przyszłam.

Jeden, dwa, trzy oddechy. I zaczynam od nowa tłumaczenie.

Zero uśmiechu. Ściśnięte brwi, zadumany wyraz twarzy. Gdy skończyłam, urzędowym głosem powiedział:

- Jesteś po złej stronie granicy. Tutaj musisz przyjść jak będziesz chciała wyjechać.

I donioślejszym głosem dodał:

- A Ty jeszcze nie wjechałaś!!!

Biegam wzrokiem po ścianach. Znikąd pomocy.

- Parkingowy zaprowadzi Cię do takiej samej osoby jak ja, ale po drugiej stronie granicy. A potem tu wróć! – rozkazał.

Wyszłam, zabrałam swój plecak i poszłam za Tajem. Kilkadziesiąt metrów dalej, już bez zostawiania bagażu przed biurem, na bezczelnego weszłam do kalki tamtego biura. Tylko urzędnik się zmienił.

Wyjaśniłam co i jak. Ta też nie kojarzyła telefonu z Krabi. Może rozmawiali o mnie z innymi urzędnikami. A może tylko ściemniali, że dzwonili!!!

Pani rozumiała po angielsku. Ale Pani średnio mówiła w tym języku. Pierwsze co zrobiła, gdy skończyłam prezentować moją sprawę, odpaliła Whatsapp’a.

Zabawna scenka. Siedzę na krześle przed biurkiem zawalonym papierami. Za biurkiem siedzi Pani, która od kilku minut nic nie mówi, tylko przewija wiadomości na Whatsappie i ma mnie w nosie.

Przewija, przewija, przewija. Po kilkunastu minutach znalazła. Okazało się, że KTOŚ KIEDYŚ wysłał jej numery telefonu do urzędników po malezyjskiej stronie. Tego właśnie szukała.

Gdzieś zadzwoniła. Wyprosiła mnie z biura. Kazała czekać, aż zawoła. Czekałam. W końcu przyszła i ze stertą dokumentów wyszła na zewnątrz budynku. Dukając, w kilka minut doprosiła się mnie o następujące rzeczy:

- Teraz proszę pokazać i wytłumaczyć mi, jak to się stało? Zrobimy rekonstrukcję zdarzeń. Gdzie szłaś? Gdzie poszłaś? Gdzie złapaliście stopa? Krok po kroku.

Przez moment poczułam, że jestem uratowana. Spojrzałam na budki, które przy wjeździe do Tajlandii były zamknięte. Dlatego je zignorowaliśmy. Poczułam nadzieję, bo….

- Proszę spojrzeć!!!! No proszę!!! Teraz też są zamknięte!!! Nie wiem gdzie są strażnicy, ale teraz też wyszli!!!!!!

Nadzieja w moim głosie wyparowała, gdy wyjaśniła zaistniałą sytuację:

- Te budki są zawsze zamknięte. Po pieczątkę przychodzisz tutaj – i wskazała budynek, z którego właśnie wyszłyśmy.

- Aha!!! – moja pewność siebie, że jestem ocalała zrównała się z poziomem zero.

- Czemu Pani nie weszła do budynku, jak wszyscy? – zapytała.

- Jacy wszyscy? Tu nikogo poza mną i Maćkiem nie było. Tylko same auta. I wszyscy wjeżdżali bez zatrzymywania na granicy.

Powiedziałam, co wiedziałam. Pokazałam, co chciała zobaczyć. Po czym poszliśmy do magicznego pokoju, gdzie mniej magiczny Pan siedział za komputerem. Strażniczka zapytała:

- Masz?

- Mam. Znalazłem. 12 czerwiec.

Pokazali mi nagranie z mojego przybycia na granicę. Na zapisie z kamery wszystko działo się zgodnie z tym, co powiedziałam strażniczce. A raczej odwrotnie. Na rekonstrukcji przedstawiłam mój świat z 12 czerwca 2017 roku zgodnie z nagraniem.

Wtedy mi uwierzyli. Choć nie do końca wiedziałam, co z tą wiarą zrobią.

Kazała iść za sobą. I cały czas powtarzała:

- Dwie pieczątki. Zawsze. Jedna na wyjazd, druga na wjazd. Pamiętaj!!!

Zaprowadziła mnie do mojego „starego” znajomego – Pana w biurze, gdy chcesz wyjechać z Tajlandii. Czyżbym była już na finiszu załatwień?

Usiadłam w biurze gdzie kazali. Zajęli się sobą. Papierkami, skanowaniem mojego paszportu, robieniem mi zdjęć, wypełnianiem druków. A ja w głowie miałam tylko jedno:

- Obym nie musiała płacić. Wiem, że tylko 14 dni. Wiem, że 11 dni za dużo. Oby nic nie mówili o kasie.

Dostałam tę pieczątkę.

pieczątka

Od 12 czerwca do 11 lipca. NA 30 DNI?!!!! TO NIEDOZWOLONE. Na tym przejściu granicznym (nazwa podana na górze pieczątki) można uzyskać tylko i wyłącznie wizę na 14 dni. A tu proszę: na 30 dni z wyraźnym podpisem urzędniczków, którzy nie dali zarobić państwu ponad 100 euro za 11 dni przebimbanych na nielegalu.

Dostałam swój paszport do ręki. Urzędniczka kazała czekać, bo chciała mnie odprowadzić tak daleko od budynków w stronę budek po malezyjskiej stronie, bym się przypadkiem po drodze nie zgubiła. Na odchodne usłyszałam od Pana bez uśmiechu na twarzy.

- Ty pewnie głodna jesteś? Tyle godzin tutaj. Czekaj.

Po czym otworzył pokaźnych rozmiarów torbę z ciastkami, odsypał kilka sztuk do miseczki, by mieć na później a całą resztę wręczył mi mówiąc:

- Ekscytujący dzień. Przynajmniej jakaś inna sprawa. Coś się przynajmniej działo. Miłej drogi.

Aż mi się głupio zrobiło. Sierotka Marysia, która nie umiała zadbać o wizę wjazdową do kraju, teraz głodna, bo nie umiała zadbać też o pokarm na drogę. Ale kto rano miał głowę do myślenia o jedzeniu? Musiałam ratować się z opresji.

O tym jak w drodze powrotnej do Europy miałam przystanek na Sri Lance i zostałam uznana za policjantkę – w następnym wpisie.