Kierowca i kontroler

Oj jak ja bym chciała wprowadzić porządek. Jak ja bym mocno pragnęła, by ten Sri Lankowy chaos był mniej chaotyczny. Czasem mam ochotę krzyczeć z wkurzenia, gdy dzieje się to, na co nie mam ochoty. Od czego wprowadziłabym zmiany?

Od zakazu. Zakazu PODNOSZENIA RĄK DO GÓRY W KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ. W Polsce też by się to przydało. Choć (muszę ogarnąć obrzydzenie w swoich myślach na samo wspomnienie tych momentów) w Polsce jest gorzej, bo np. panowie nie pozbywają się „podpasznego owłosienia” co potęguje zapach roztaczający się po np. autobusie. Tutaj włosów jakby mniej ale odór gorszy.

Przez trzy tygodnie na Sri Lance spędziłam mnóstwo czasu w lokalnej komunikacji. Przemierzyłam pół wyspy. Na liczniku (gdybym liczyła) miałabym z 600-700 km (sumując wszystkie trasy).

Ile pach podpowiedziało mi jak pachnie? Ile kropel potu widziałam na bluzkach? Może jakiś „czytnik stężenia upocenia osobnika”, zamontowany przy drzwiach wejściowych coś by wskórał? Czytnik wyje – sorry, ale nie wchodzisz. Im biedniejszy kraj, tym gorzej. Jutro stąd odlatuję. Za tym akurat nie będę tęsknić.

Nie będę tęsknić również za drugą rzeczą, która doprowadza mnie do szału. Ścisk ściskiem, wysiąść jakoś trzeba ale jakoś nader często podczas wysiadania miałam okazję zaznajomić się z … .

Znacie ten problem. Siedzisz w kinie. Ktoś przechodzi koło twojego siedzenia i spieszy się zająć własne. Jak ma przejść? Tyłkiem w Twoją stronę czy przednią stroną ciała? Co jest lepsze w odbiorze? Ja zdecydowanie wolę tyłek. Niezależnie czy to kobieta czy mężczyzna.

A tu, na Sri Lance nie. Oni nie wolą tyłka. Oni wolą przechodzić przodem. Zwłaszcza jeśli siedzisz od przejścia a oni pchają się z tylnej części autobusu do drzwi wejściowych. Wiadomo, że skoro ja widzę przód, ktoś z drugiej strony poznaje tył. Nie ma zlituj się. Ale do cholery… czemu to ja zawsze muszę oglądać front? Czy to nie jest aby prezentacja specjalnie dla obcokrajowców? Bo znudziły mi się już te pokazy.

Dyktator Martyna zabroniłaby ubierania się w saree (sari), gdy ma się zamiar korzystać z autobusu.

Ścisk, nie ścisk – nie ma znaczenia. Rozwiany szal damulki wali po głowie, twarzy, ciele wszystkich naokoło. Otwarte drzwi i szyby powodują taaaaaki przeciąg, że podczas kilkunastominutowej jazdy można być kilkakrotnie znokautowanym przez szal. Pal sześć gdy to zwiewny, lekki materiał. A jak dostaniesz czymś takim? Taką dużą płachtą!!!

Saree

Nigdzie, nigdy nie spotkałam tak dużego chaosu w cenach.

Początkowo byłam zafascynowana tym, że nie będzie łatwo im mnie oszukać. Ceny produktów są odgórnie zapisane na opakowaniu (fabrycznie) i nie da się ściemniać turyście, że jest drożej. Wiadomo nie da się tego zrobić z owocami, warzywami, mięsem. Choć skąd wzięło mi się to mięso. Żadnego póki co nie kupowałam.

Ale po kilku dniach zauważyłam pewną zdziwaczałość cenową.

Idę do sklepu. Kupuję chipsy. Zwykłe lokalne chipsy. Żadne Lays’y sprowadzane Bóg wie skąd, co mogłoby tłumaczyć cenę z kosmosu. Pewna tego, że zakres ceny chipsów jestem w stanie przewidzieć podchodzę do kasy.

- 280 rupii.

Przełknęłam ślinę na samą myśl, że ten szajs tyle kosztuje. Ponad 6 zł za chipsy o wadze 80 gramów? Skandal. Skandal, zwłaszcza, że dzień wcześniej za 245 rupii (przybliżona cena) kupiłam:

- kilogramową papayę.

- chrupki (lokalne, tanie. Dlatego sądziłam, że lokalne chipsy nie wytrzepią mi majątku z kieszeni),

- Fantę (litrową),

- zupkę chińską instant,

- 3 marchewki.

Skandal, że te 5 rzeczy kosztowało tyle co chipsy. Gdzie tu logika cenowa?

Gadałam o cenach ze znajomym, poznanym w hostelu.

- To jeszcze nic. Byłem na północy Sri Lanki. Poznałem nauczyciela. Zarabia 500 rupii dziennie w prywatnej szkole. Myślisz, że to dużo czy mało?

Zaczęłam kalkulować 500 rupii x 30 dni, po czym napiłam się kawy, przyniesionej przed chwilą z McDonalda. Spojrzałam na kubek i chciałam odpowiedzieć. Kevin mnie ubiegł.

- No właśnie. Czekałem, aż porównasz to z kawą. Ile za nią dałaś?

- 160 rupii.

- Czyli facet zarabia równowartość 3,5 kaw. DZIENNIE? – głośno podsumowałam.

- Byłaś w „The coffee bean and tea leaf”, po drugiej stronie Maka?

- Byłam. Chciałam porównać ceny.

- Kupiłaś coś?

- Chyba zwariowałeś. Gdyby brać pod uwagę ceny z tego miejsca Twój kolega nauczyciel na dzień zarabia tyle, by kupić ¾ kubka kawy. Kto decyduje o tych cenach?

Kiedy dwa dni temu tańczyłam na bulwarze przy forcie w Kolombo zostałam zaproszona na kolację, przez lokalnych ludzi. Nie wiem co porabiają na co dzień, ale jeśli zarabiają podobnie jak nauczyciel jedzenie, które zjadłam stanęło mi właśnie w przełyku. Za mojego burgera, frytki i Sprite w McDonaldzie (sama wybrałam to miejsce na kolację) zapłacili 580 rupii. To ponad to, co nauczyciel z północy kraju zarabia na dzień.

Gdybym zatem miała zostać dyktatorem na Sri Lance zakazałabym jeszcze kilku rzeczy:

- budowania przystanków autobusowych przy bazarach rybnych. Pawia można puścić od nadmiaru zapachów. Dodając do tego wszechbylski pot ludzi – fuj, fuj.

- zakaz żucia BETELU przez kierowców autobusów, którym jeżdżą lokalni ludzie. Betel zaburza funkcje motoryczne, działa lekko odurzająco i pobudzająco.Teraz już wiem skąd te ciągłe klaksony, trąbienie na lewo i prawo, wyprzedzanie i jeżdżenie jak wariaci. Naćpani są i tyle.

- zakazałabym chowania ludzi gdzie popadnie. Typowy obrazek miasteczka lub wioski: dom, dom, willa, hostel, sklep, dwa groby, miejsce modlitwy, nieskończona budowa, lokalny sklep, trzy groby. Wg tego, co mówili mi lokalni ludzie możesz na swojej prywatnej ziemi chować kogo chcesz i jak chcesz. Bez ładu i składu. Nikt nie dba o te groby. Są publiczne cmentarze. Tam wszyscy powinni leżeć. Albo chociażby na prywatnej, ogrodzonej posesji. A nie przy drodze, gdzie biegają dzieci, plują dorośli, sikają psy i nikt nie dba o zachowanie szacunku.

- doszkoliłabym trochę ludzi. Poznałam w pociągu starą babcinkę, po 90 – tce. Jej wnuk wytłumaczył mi, że babcia całkiem niedawno dowiedziała się, że istniało coś takiego jak II WOJNA ŚWIATOWA. Mieszka gdzieś w tropikach, na totalnym odludziu. Po co jej było wiedzieć, że cały świat się ze sobą bije?

- na koniec HIT. Zlikwidowałabym mądraliństwo. Mój nowy kumpel Sajath. Siedzimy w McDonaldzie. Wcinam postawioną mi kolację. Pytam jak to jest, że w okolicy naliczyłam 6 Burger Kingów a to jest jedyny McDonald w okolicy. Odpowiedź mnie rozgruchotała. Od razu pomyślałam, że jak nie wie, to powinien powiedzieć, że nie zna przyczyny. Mądraliński wystrzelił z odpowiedzią: TO PROSTE. Burger King jest naszym lokalnym wymysłem a McDonald jest z zagranicy. Wolimy nasze rzeczy.

TO SIĘ DOWIEDZIAŁAM. Człowiek całe życie się uczy. Pamiętajcie: Burger King to wymysł ludzi ze Sri Lanki. Nie inaczej. Podajcie tę wiedzę dalej.