Myślę

Lubię je, choć czasem wolę zamęt.

Lubię wspomnienia rytuałów, powtarzalności jakie miałam z różnymi ludźmi, którzy stanęli na mojej drodze. Te sytuacje, chwile, momenty kiedy działo się coś co mogę przypisać tylko do tej jednej, jedynej osoby.

Dzień zaczynam mocną kawą z cynamonem. Czasem ze świeżym imbirem. Ktoś mnie nauczył tak pić. I tym kimś był Krzysiek. Stanął na mojej drodze 16 lat temu, kiedy pojawił się na lekcjach prywatnych tańca. Miał kryzys z żoną, chciał gdzieś „stracić” nadmiar furii, która gotowała się w jego żyłach, kiedy walczył o swoje racje z żoną. Pomogło tango. Wracał tak umęczony po lekcji, że nie miał siły kłócić się z Sylwią. Gdzieś między tangiem, rozmowami i nauką kolejnych kroków zawsze pojawiała się kawa. Właśnie z cynamonem lub imbirem. Taką właśnie lubię.

Codziennie sącząc kawę z cynamonem (lub imbirem w zastępstwie) myślę o kolejnej… kolejnej, trzeciej książce. Druga oddana do wydawnictwa. Trzecia już jest w mojej głowie. Już czuję zapach jej zarysu, już prawie dotykam jej treści. Za 6 dni pofrunę w stronę Azji i będę nadawać kształt moim myślom. Myślom, które już w głowie tworzą trzecią książkę. Ale mnie wzięło!!!

Wracając do rytuałów… miałam je z ludźmi, … tymi, którzy towarzyszyli mi dłużej, inni krócej ale już na zawsze jedno słowo pociągnie za sobą kolejne, tak jak Krzysiek = kawa z cynamonem.

Podróżując zazwyczaj byłam dla innych kobietą bez znaczenia, w tle ich życia. A jednak wystarczyło, by ostatnia wyprawa do Azji stworzyła pewne rytuały. Już zawsze:

Jarek – pokaz świateł: to on powiedział, że koło bliźniaczych wież w Kuala Lumpur codziennie jest pokaz światła i wody. Byliśmy zobaczyć pokaz cztery raz. Raz byłam sama. Od tego czasu byłam w Kuala Lumpur dwa razy (Jarka poznałam w listopadzie a do lutego byłam w stolicy Malezji dwukrotnie) i zawsze Jarek wracał do mojej głowy. Jak Ci tam w Australii, Nowej Zelandii kolego?

Dizzy – dżungla: zwariowany, schizofreniczny typ z 13 osobowościami, który zaprosił mnie do swojego domu w tajskiej dżungli. Odmówiłam.

Josef – robaki łóżkowe: kolega z Tunezji został brutalnie pokąsany przez to coś, czego w azjatyckich materacach w łóżkach jest pod dostatkiem.

Patrycja – gotowanie jajek: rozwalała mnie na łopatki tym, że z braku opcji gotowania w hostelu, w którym ją poznałam jak już jej było dane dorwać się do garnka lub czegoś co potrafiło doprowadzić wodę do wrzenia, gotowała wszystkie dostępne jajka, jakie miała w swoich jedzeniowych zapasach. Jak jakiś kulturysta, lub na święta wielkanocne … na stół wjeżdżało kilkanaście jaj, bo nie wiadomo kiedy będzie kolejna okazja do skorzystania z gara. 

Calvin – fabryka butów: bezczelny naciągacz. Kanadyjski naciągacz, którego poznałam w Singapurze.

Chris – zatrucie pokarmowe: moja amerykańska przygoda miłosna w Indonezji, zakończona wymiotami, biegunką i całonocnym koczowaniem przy toalecie. Biedny Chris.

Nicole – płatki śniadaniowe: codzienny rytuał pochłaniania płatków. Wrzątek, płatki, Nicole i zamiatanie szuflą (tzn. łyżeczką).

Krzysiek i Maciek – wyspa Boracay na Filipinach- ta odlotowa propozycja … zalatująca zapachem sponsoringu. Ehh faceci. 

Tych ludzi w mojej głowie są setki. Tych skojarzeń, jak u każdego, tysiące. 

Czemu o tym piszę? Bo mój dzisiejszy rytuał, jeden z wielu, który uskuteczniam od pradawna (i który zrobiłam również i dziś) uświadomił mi, że wcale go nie lubię. Już go nie lubię. Że robiłam coś z automatu, myśląc, że to nadal Ja, że nadal to lubię a tymczasem…. wszystko się zmieniło.

Wydaje ci się, że wiesz kim jesteś, że znasz na pamięć swoją tożsamość, a w jednej chwili do ciebie dociera, że musisz na nowo przemyśleć wszystko, co o sobie wiesz.

Uświadomienie sobie tego było dla mnie szokiem, a jeszcze większym szokiem było uświadomienie sobie, że nigdy dotąd sobie tego nie uświadamiałam.

Poszłam po drugą kawę z cynamonem tego dnia, siadłam przy biurku i postawiłam sobie podstawowe, fundamentalne pytanie: Co ja lubię?

Cholera… przez moment nic nie dokleiło się do mojego pytania. Żadna odpowiedź. Jakie to przykre… To tak jakbym nie wiedziała kim jestem.

Po dłuższym zastanowieniu znalazłam 5 rzeczy. No dobra… 5 i pół – bo ta ostatnia to takie małe lubienie.

Czy naprawdę tak mało rzeczy (gdyby nas ktoś nagle zapytał) jesteśmy w stanie wymienić na jednym, lub pierwszym wydechu?

A jak z Waszym lubieniem? Łatwo Wam znaleźć tych kilka rzeczy… które jakby nie było….. WAS t w o r z ą!